Most na Waryńskiego

Most na Waryńskiego
Lata 70. Rys. inż. A. Milkowski. Sensowna lokalizacja trasy mostowej (zmieniona przez Zaleskiego)

środa, 4 lutego 2015

Ile zarobił bank udzielając kredytu w walucie


Dlaczego banki chętnie udzielały kredytów walutowych?
Co począć z tymi kredytami?


Genezą kredytów walutowych były wysokie stopy na złotówce na początku stulecia. Nawet gdy stopy na pln spadły banki kontynuowały akcję kredytową w walucie. Dlaczego kredyt we franku może być się dla banku bardziej rentowny niż kredyt w złotych? Na czym zarabia bank? 

Głównym źródłem zysku dla banku z kredytów walutowych jest spread sięgający 10%. Żaden bank udzielający kredytu we frankach nie wypłacił klientowi pożyczanych franków. 




Załóżmy, że chcę kupić mieszkanie za 300 tys zł. W przypadku kredytu w złotych (w uproszczeniu na 100% wartości mieszkania) zapłaciłbym ok 2.6% prowizji (kredytowanej) więc miałbym do spłaty 308 tys zł. Bank wypłaciłby mi 300 tys zł a sprzedawca kredytu podzieliłby się z bankiem prowizją w wysokości 8 tys zł (choć na ogół akwizytor bierze całą prowizję).

W przypadku kredytu walutowego ze spreadem 10% i taką samą stawką prowizji żeby otrzymać 300 tys zł na rękę musiałbym wziąć kredyt o prawie 31 tys zwiększy, tzn. jego wartość wyniosłaby 338.8 tys zł. Prowizja wyniosłaby 8.8 tys zł, a na przewalutowaniu po kursie banku straciłbym 30 tys zł (10%). 

Od udostępnienia 300 tys zł bank zarabia prowizję zwaną przewalutowaniem (10%: 30 tys), do tej podwyższonej kwoty odnosi się prowizja wg stawki 2.6%, co daje blisko 2.9% od kwoty 300 tys zł). 

Bank w obu przypadkach udostępnia 300 tys zł. W obu przypadkach bank kredytuje prowizje, tzn. dopisuje ją do zadłużenia, od którego liczone są odsetki i które klient będzie spłacał w ratach. W przypadku złotego to dodatkowe zadłużenie to 8 tys zł (2.67% z 300 tys zł), natomiast w przypadku franka dodatkowe zadłużenie będzie wynosić 38.8 tys zł (12.9% z 300 tys zł).

Bank zobowiązany jest rozliczać przychód z prowizji w czasie (wg efektywnej stopy procentowej). Jeśli kredyt został udzielony na 30 lat to bank może co roku wliczać w swój przychód ok 1/30 z pobranej prowizji. A jak rozliczany jest 10% zysku ze spreadu? Moim zdaniem ten przychód nie jest rozliczany w czasie tylko w całości wchodzi w wynik bieżącego okresu. 

Dotychczas od każdej zapłaconej raty bank również pobierał prowizję spreadową ponieważ odmawiał przyjmowania franków kupionych poza bankiem. W tej sytuacji zysk banku wynosił ok połowy spreadu czyli ok 5% raty, a więc jakieś 50 zł od każdego 1000 zł raty. Można to porównać do bardzo drogiej chwilówki lub bardzo wysokiej opłaty za przyjęcie przelewu: Bank przyjmował od klienta 1050 zł, z czego sobie zatrzymywał 50 zł a pozostałe szło na spłatę kredytu. Teraz klient może spłacać kredyt bezpośrednio w walucie, którą może kupić o wiele taniej niż po bankowym kursie.

* * *

Dlaczego klientowi mimo wszystko opłaca się kredyt walutowy? Oprocentowanie na walucie zawsze było o ok 2 pp. niższe, np. gdy na złotówce wibor wynosił 5% to libor na franku tylko 2%, gdy wibor spadł do 3% libor poszedł w dół prawie do 0. Dziś wibor wynosi 2% a libor -0.75%. Bywało i tak, że spread był jeszcze wyższy a tym samym wyższe były koszty odsetkowe kredytu złotowego płacone w bieżącej racie w porównaniu do kredytu we frankach. 

Rata kredytu na 30 lat w pln od kwoty 308 tys zł z oprocentowaniem 4% (wibor 3% + marża 1%) wynosiłaby 1.470 zł, a kredytu we frankach od kwoty 338.8 tys zł z oprocentowaniem 1.5% (libor 0.5% + marża 1%) wynosiłaby 1.170 tys zł (o 300 zł mniej). Kiedyś zdolność kredytową liczono w bankach tak samo dla kredytu walutowego i kredytu w złotych więc jeśli klient posiadał ją na kwotę 1.470 zł doradca kredytowy mógł mu wcisnąć kredyt we frankach na równowartość 423 tys zł - z tego klient otrzymałby 375 tys zł, a bank i doradca kredytowy zgarnęliby 48.5 tys zł (bank 37.5 tys zł na spreadzie a doradca 11 tys zł na prowizji). Gdyby kredyt udzielony był w złotych bank nie zarobiłby nic na spreadzie, doradca zgarnąłby 8 tys zł a klient za tę samą kwotę raty dostałby nie 365 tys. zł (kredyt we franku) a tylko 300 tys zł.

* * *

No właśnie, ryzyko kredytowe. Klient decydujący się na kredyt we franku powinien być przygotowany na przejściowy wzrost kursu który może sprawić, że nie będzie w stanie zapłacić pełnej raty a tylko jej część. Na jak duże osłabienie kursu klient powinien się przygotować? Dobrze byłoby tak skalkulować wysokość początkowej raty kredytu aby można było pozwolić sobie na gromadzenie oszczędności: gdy kurs wzrośnie najpierw traci się zdolność do odkładnia z raty, potem można skorzystać oszczędności. Łatwo powiedzieć, trudniej samemu się do tych porad stosować. 


Na ile banki są skłonne aby zmniejszyć wysokość raty we franku i tym samym przesuwać spłatę zadłużenia na okres gdy kurs spadnie. Przy bardzo niskich (ujemny libor) stopach oprocentowania kredytów frankowych na franku klient spłaca w racie tylko kapitał. Rata kredytu we frankach jest bliska zwykłemu ilorazowi: kwoty kredytu / liczba miesięcy na jaki został udzielony, a na jej wysokość wpływa kurs. W przypadku kredytu w złotych w równej racie w początkowym okresie spłaty w racie zawarte są głównie odsetki. Bank może odroczyć spłatę kapitału, ale odsetki od kredytu muszą być regulowane na bieżąco. W przypadku kredytu na 300 tys zł oprocentowanym na 3% (wibor+marża) to będzie w początkowym okresie spłaty 9 tys zł rocznie i 750 zł miesięcznie.

Klient zaciągający wieloletni kredyt w złotówkach też narażony jest na ryzyko zmiany wysokości raty. Wystarczy, że wzrośnie oprocentowanie. W ciągu ostatnich 2 lat rata kredytu w pln spadła aż o 30% na skutek spadku wibor z 5% do 2%. Ktoś kto dziś bierze kredyt mieszkaniowy i widzi kalkulację robioną na tak niskim wiborze powinien więc zakładać, że jego rata może w przyszłości wzrosnąć o ponad 40%. Im później nastąpi podwyżka stóp tym lepiej dla klienta bo inflacja wynagrodzenia złagodzi ten szok.

Od strony banku wygląda to w taki sposób: klient bierze ryzyko zmiany stóp procentowych. Libor lub Wibor to dla banku zmienny koszt pieniądza i ten koszt pokrywa klient. Bank zarabia marżę. 

Ryzyko kursowe (walutowe) również przeniesione jest na klienta, tzn. nie wyobrażam sobie, żeby bank pozyskiwał środki w złotych (przy stopie referencyjnej NBP i jej przełożeniu na stopy rynku międzybankowego) a udzielał kredytu we frankach. Bank musi pozyskać franki (po koszcie libor) aby móc je wypłacić na stawce libor+marża. (Trochę zdziwiłem się, gdy prof. Bień w "trójce" domagał się sprawdzenia skąd banki wzięły franka). Problem polega raczej na tym, że banki same nie pożyczyły franków na 30 lat. 

Moim zdaniem banki zarabiają na kredytach frankowych tylko poprzez spread od klientów, którym nie chce się dokonywać wymiany w internetowych kantorach. W pozostałych przypadkach banki już swoje zarobiły i nie zarobią więcej, tzn. zainkasowały prowizję spreadową przy wypłacie kredytu i naciągając klienta na wyższy kredyt niż w złotówkach. 

Podejrzewam, że większość zadłużonych we frankach nie będzie skłonna się przewalutować na złote licząc, że ostatecznie zarobi na spadku kursu. W trudnej sytuacji znajdą się ci, którzy zechcą sprzedać mieszkanie, którego wartość jest znacząco niższa niż aktualna wycena kredytu po bieżącym kursie franka. Najbardziej dotknięci umocnieniem franka są ci, którzy wzięli kredyt w 2008 roku, ponieważ prawie w ogóle nie korzystali z niskiego kursu, a przez wiele lat płacili po kursie tak o 30% wyższym od kursu po jakim wzięli swoje kredyty. 

* * *

Propozycja KNF aby przewalutować kredyty we frankach po kursie bieżącym nie omawia zagadnienia pt. spread.

Wydaje mi się, że ta propozycja jest niedorzeczna, złożona jakby przewalutowanie było celem samym w sobie. Co to niby daje? Kto na tym ma skorzystać? Bank? Klient? Stabilność finansowa?

Przewalutowanie po obecnym kursie jest potworną głupotą.

I nikt z tej propozycji nie skorzysta.

Nadzór się trochę chyba kompromituje.

* * *

Moim zdaniem przewalutowanie powinno być wprowadzone obligatoryjnie dla wszystkich, którzy dobrowolnie skorzystaliby z pomocy w ramach programu administrowanego przez NBP, którego założenia przedstawiam poniżej. To przewalutowanie miałoby jednak miejsce w momencie gdy gdy kurs spadnie poniżej określonego poziomu (do ustalenia).

Program wyglądałby tak: NBP udziela bankom linii kredytowej na zakup franków po kursie 3.30 zł, ale tylko do wysokości przyjętych przez bank wpłat na rachunek kredytu walutowego klienta. Klient mógłby więc dziś zdecydować: spłacać dalej po kursie rynkowym lub spłacać po sztywnym kursie 3.30 zł.

Klienci, którzy zdecydują się na skorzystanie z możliwości spłacania kredytu po kursie 3.30 zł będą wpłacali na rachunek kredytu ratę w złotych po tym właśnie kursie. Ich bank będzie mógł zaś kupić franki za po tym kursie od NBP. W tej sytuacji klient już jest odcięty od ryzyka kursowego, zostaje jednak na stawce libor w chf.

Dopiero gdy kurs spadnie poniżej 3.30 zł bank automatycznie - w ciągu jednego dnia - przewalutuje kredyt z franków na złote i zmieni stawkę bazową dla kredytu na stawkę wibor wszystkim. Ta operacja będzie dotyczyć wszystkich którzy choć raz skorzystali z obniżonego kursu w wysokości 3.30 zł płacąc ratę kredytu.

Pociągnie to oczywiście za sobą zakończenie odnawiania przez bank komercyjny swojego kredytu zaciągniętego we franku na liborze, który był źródłem finansowania akcji kredytowej w walucie.

Jest jeszcze jeden kruczek specjalnie dla banków: kursem po jaki bank dokona przewalutowania kredytu z franków na złote, gdy kurs rynkowy franka spadnie poniżej 3,30 zł będzie kurs niższy od rynkowego o wartość spreadu, który bank miał wówczas, gdy udzielał tego kredytu klientowi (tj o ok 10-12% niższym niż 3.30 zł, tak na poziomie 2.97 zł). Bank będzie więc ukarany stosunkowo nieznacznie, tzn. odda klientowi spread który potrącił przy wypłacaniu kredytu oszukując klienta na kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Jeśli bank spóźni się z przewalutowaniem i dokonana go gdy kurs rynkowy będzie niższy niż 3.30 zł to i tak poniesie koszt spreadu tylko już nie na korzyść klienta, ale na korzyść NBP.

Można rozważyć, czy oferta powinna być skierowana do wszystkich osób zadłużonych we frankach czy może tylko do tych, którzy brali kredyty po bardzo niskim kursie w 2008 i do tych z wysokim LTV lub znacznym spadkiem zdolności kredytowej. Ja bym się skłaniał za jakimś ograniczeniem choć sądzę, że nie będzie potrzebne ponieważ wiele osób zdecyduje się zostać przy franku.

5 komentarzy:

  1. w propozycji Jakubiaka z KNF straty banków liczone są w miliardach. A korzyści nie odnosi nikt. To propozycja idiotyczna i nie wiem co leży u jej podstaw (ani bezpieczeństwo i stabilność, ani dobro banków, ani dobro klienta).

    W mojej propozycji koszty są minimalne, rzędu kilkuset milionów.

    Ponosi je NBP dla którego koszt ma wyłącznie charakter zapisu księgowego (dopóki oczywiście nie przekaże swojego zysku rządowi w formie wypłat z zysku - wtedy to jest realny pieniądz).

    W moim wariancie korzyści osiąga klient. Wychodzi praktycznie bez strat i pozbywa się ryzyka kredytowego.

    Bank zostaje ukarany. Kara jest niewspółmiernie mała do winy banku: oddaje tylko spread przy wypłacie (nie oddaje spreadu od rat), bez odsetek. Tymczasem to sektor bankowy i nadzór finansowy winni są obecnej sytuacji.

    http://pieniadze.gazeta.pl/pieniadz/1,136157,17352929,Doradca__Sprzedawalismy_Wam_kredyty_we_frankach__Mowilo.html

    OdpowiedzUsuń
  2. I jeszcze jedna modyfikacja jest potrzebna.

    Sytuacja osób które wzięły kredyt w 2008 roku jest skrajnie różna od sytuacji pozostałych z zadłużeniem w chf.

    Oni nigdy nie skorzystali ani z niższego kursu ani z niższego oprocentowania. Zostali oszukani przez bank. Ci, którzy brali kredyty gdy kurs rynkowy był na poziomie 1.9-2.1 (a bankowy, przez spread, jeszcze niżej) zostali oszukani przez banki - pokazywano im spadający kurs jako trend, z którego skorzystają a tymczasem raczej powinno się ich informować o tym, że kurs może wrócić do poprzednich poziomów.

    Pozostali klienci z kredytami we franku przez parę lat płacili niższe raty i one spadały bo kurs się obniżał. Ci z 2008 roku nic nie zarobili, od razu zaczęli tracić.

    Jeśli wprowadzenie dodatkowego kursu rozliczeniowego oprócz 3.30 zł byłoby zbyt skomplikowane to niech taki kurs będzie dla wszystkich, ale łatwe do wykonania będzie odrębne przewalutowanie kredytów chfpln z 2008 po kursie jeszcze niższym niż 3.30 zł (minus spread, czyli ok 2.97 zł). Na jakim? Moim zdaniem na takim kursie na na jakim te kredyt faktycznie zostały wypłacono (a więc nawet 1.70 zł bo i takie przypadki były)

    (Przy rynkowym kursie 1.91 po uwzględnieniu spreadu lądujemy właśnie na poziomie ok 1.70 zł - po takim kursie banki wypłacały klientom kredytu frankowe. I za to powinny słono zapłacić bo inaczej będą ciągle bezkarnie wymyślać jak oszukać klienta).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaję sobie sprawę, że trudno zrozumieć propozycję aby akurat ci z 2008 roku mieli mieć przewalutowane po kursie, po którym im przeliczono franki na złotówki przy wypłacie kredytu.

      Jest to jednak ze wszech miar uzasadnione. Sytuacja tych ludzi jest absolutnie wyjątkowa. Pisałem o tym we wcześniejszych wpisach (spadek cen nieruchomości, brak okresu w którym były osiągane korzyści z płacenia obniżonej w porównaniu do kredytu w pln raty itd).

      Z drugiej strony odpowiedzialność banku która postawiła tych ludzi w tej niekorzystnej sytuacji jest najbardziej wyraźna. To był szczyt bańki zrobionej przez banki.

      Banki muszą ponieść dotkliwą karę finansową dlatego właśnie tym osobom powinny przewalutować na złotówki po kursie wypłaty.

      To nauczy banki by nie proponować klientom "korzystnego" carry-trade które jest bardzo ryzykowne pobierając od tego sowite, ukryte (w formie spreadu) prowizje. Jeśli banki wyjdą z tego bez strat, zrobią to samo w przyszłości (i tak zrobią, ale niech wiedzą, że za to zapłacą).

      To była bańka typu carry trade: zadłuż się w tanim kredycie, kup aktywa o wyższej stopie zwrotu. To działa póki jest dostęp do taniego kredytu który podbija stopę zwrotu kupowanych aktywów. Gdy źródło finansowania topnieje, aktywa tracą na wartości a pozycje są tak intensywnie zamykane, że waluta w której był kredyt rośnie. To samo działo się w stanach w 2007 roku (na jenie i franku do dolara).

      Banki nie mogą przerzucać całego ryzyka na klienta (stopy procentowej, walutowego), brać wielkie ukryte prowizje i jednocześnie zabezpieczać się oświadczeniami klienta, że wie co jest grane. Banki muszą wynagradzać nie tylko sprzedawców. I jeśli nie poniosą kosztów tego co zrobiły (wzrost cen nieruchomości, bańka, zalew rynku tanim pieniądzem, oszukiwanie na spreadzie), jeśli zatrzymają swoje zarobki to sytuacja znów się powtórzy. To nie jest kwestia tego, żeby darować nieostrożnym klientom, ale aby postarać się nauczyć banki odpowiedzialności i przyzwyczaić do ponoszenia konsekwencji wykorzystywania swojej perswazji i przewagi w relacjach z klientem.

      Ja szacuję że realnie banki zapłacą za przewalutowanie tej grupie z 2008 roku do 2 mld zł. To są roczne zyski banków, to bardzo niewiele.

      Usuń
    2. Szczurek i Belka będą bronić banki, to pewne. Nie zdają sobie sprawy z dramatu tych ludzi, którzy dostali franki po kursie 1.7 a dziś płacą prawie 4 zł.

      Jakubiak też nie ma planu, ale chociaż ma chęci. Albo dobrze udaje dobre chęci.

      Usuń
  3. w komentarzach pod artykułem na GW znalazł się link do świetnego artykułu:

    http://uti.is/2015/01/swiss-franc-appreciation-reveals-the-sorry-saga-of-fx-lending-to-un-hedged-individuals/

    Kredyty we frankach pojawiły się w latach 80-tych w Australii, w latach 90-tych na Nowej Zelandii, w latach 00 na Islandii a potem w Europie Wschodniej. Efekt zawsze był ten sam.

    OdpowiedzUsuń